Co dała mi terapia zajęciowa?

0
3
Rate this post

Nawigacja:

Czym w ogóle jest terapia zajęciowa i dlaczego tak mocno zmieniła moje życie

Od „zajęcia czasu” do realnej terapii

Terapia zajęciowa jeszcze kilka lat temu kojarzyła mi się z miłym „wypełniaczem dnia” dla osób starszych albo z zajęciami plastycznymi w szpitalu. Dopiero gdy sam/sama trafiłem/am na zajęcia, zrozumiałem/am, jak bardzo błędne było to wyobrażenie. To nie jest sympatyczna „rozrywka”, tylko konkretny, zaplanowany proces terapeutyczny, który ma jasno określone cele: poprawa samodzielności, sprawności, pewności siebie i jakości życia.

Terapia zajęciowa jest połączeniem pracy z ciałem, głową i emocjami. Terapeuta nie daje gotowych rozwiązań – raczej tworzy warunki, w których człowiek sam krok po kroku odzyskuje wpływ na swoje życie. Dla mnie to właśnie było najważniejsze: poczucie, że znowu mam coś w rękach, dosłownie i w przenośni.

Zajęcia mogą obejmować mnóstwo aktywności: od treningu codziennych czynności (ubieranie, gotowanie, zakupy), przez ćwiczenia manualne, po planowanie dnia, obsługę telefonu czy komputera. Na pierwszy rzut oka proste rzeczy, ale w praktyce to one decydują, czy ktoś jest zdany na innych, czy potrafi funkcjonować samodzielnie.

Jak wyglądały moje pierwsze kroki

Pierwszy kontakt z terapią zajęciową był trudny. Wchodziłem/am do sali z poczuciem, że „przecież ja kiedyś to wszystko potrafiłem/am”. Frustracja mieszała się ze wstydem. Dopiero kiedy terapeuta spokojnie wytłumaczył mi, że nie chodzi o „zabijanie czasu”, tylko o odbudowywanie kompetencji, trochę odpuściłem/am.

Na początku robiliśmy proste rzeczy:

  • segregowanie przedmiotów według kolorów i kształtów,
  • przepisywanie krótkich zdań,
  • ćwiczenia związane z planowaniem – co po kolei trzeba zrobić, by przygotować śniadanie, dojść do sklepu, spakować się na wyjście.

Brzmiało to dziecinnie, ale szybko odkryłem/am, że za każdym ćwiczeniem stoi konkretny cel: koncentracja, pamięć, koordynacja, planowanie, czucie ciała. To nie był przypadkowy zestaw zadań, tylko dokładnie przemyślany trening.

Dlaczego to nie jest tylko „dla niepełnosprawnych”

Terapia zajęciowa jest zwykle kojarzona z osobami po udarach, urazach, z niepełnosprawnością intelektualną czy chorobami psychicznymi. Ja sam/sama trafiłem/am tam w wyniku kryzysu zdrowotnego, ale szybko zauważyłem/am, że te same metody świetnie działają w odniesieniu do „zwykłych” życiowych trudności.

Ćwiczenia z planowania, stawiania realnych celów, organizacji dnia, radzenia sobie z przeciążeniem bodźcami – to wszystko bardzo przydaje się także osobom bez orzeczenia o niepełnosprawności. Różnica jest taka, że w terapii zajęciowej dostaje się konkretny, powtarzalny trening, a nie tylko ogólne rady.

W moim przypadku terapia zajęciowa stała się mostem między światem „pacjenta” a światem „normalnego życia”. Pomogła mi zamienić abstrakcyjne „muszę się ogarnąć” na codzienne, małe kroki, które naprawdę można wykonać.

Co terapia zajęciowa zrobiła z moją głową: zmiany w myśleniu i emocjach

Odzyskanie poczucia sprawczości

Największą zmianą, jaką dała mi terapia zajęciowa, było odzyskanie poczucia wpływu na własne życie. Po chorobie/urazie/załamaniu psychicznym (każdy ma swoją historię) czułem/am się kompletnie zależny/a od innych. Ktoś musiał mi przypominać o lekach, pomagał w papierach, dowoził mnie na wizyty. Miałem/am w głowie etykietę: „ja już nie dam rady”.

Na zajęciach wydarzyło się coś ważnego – zacząłem/am dostrzegać małe sytuacje, w których jednak potrafię samodzielnie działać. Samodzielne przygotowanie kanapki, przypięcie kurtki jedną sprawniejszą ręką, zadzwonienie do przychodni, by przełożyć termin wizyty. Drobiazgi. Ale za każdym razem pojawiało się uczucie: „to mi się udało”.

Terapeuta systematycznie kierował moją uwagę na te sukcesy. Nie w stylu sztucznego motywowania, ale konkretnie:

  • „Zwróć uwagę, że dziś sam zaplanowałeś trasę do sklepu.”
  • „Wczoraj prosiłeś o pomoc przy kanapce, dziś zrobiłeś ją sam.”

Po kilku tygodniach zauważyłem/am, że coraz rzadziej automatycznie prosiłem/am o wsparcie, a coraz częściej najpierw szukałem/am sposobu, żeby spróbować samodzielnie. To był duży zwrot w mojej głowie.

Lepsze radzenie sobie z lękiem i wstydem

Przed rozpoczęciem terapii zajęciowej każda trudniejsza czynność wywoływała we mnie lęk: „nie ogarnę”, „znowu się skompromituję”, „wszyscy będą na mnie patrzeć”. Samodzielne wyjście do urzędu wydawało się wyzwaniem porównywalnym z wejściem na Mount Everest.

Terapia zajęciowa pomogła mi ten lęk „oswoić”. Nie w teorii, tylko w praktyce. Wyglądało to na przykład tak:

  1. Na zajęciach omawialiśmy krok po kroku, co dokładnie muszę zrobić w urzędzie.
  2. Spisywałem/am sobie na kartce prostą sekwencję: wejść → podejść do informacji → powiedzieć jedno zdanie → usiąść i poczekać.
  3. Symulowaliśmy rozmowę – terapeuta wcielał się w urzędnika, a ja ćwiczyłem/am, co powiem.
  4. Na kolejną sesję przynosiłem/am relację: co poszło, co utknęło, gdzie się zaciąłem/am.

Dzięki temu lęk przestał być „wielką, nieokreśloną chmurą nad głową”, a stał się konkretnym zadaniem do rozpracowania. Uczyłem/am się, że mogę się bać i jednocześnie działać, bo mam w ręku plan i wsparcie.

Nauka akceptacji tempa i ograniczeń

Długo porównywałem/am się do „dawnego siebie” i do innych. Chciałem/am od razu wrócić do dawnej sprawności, pracy, ilości obowiązków. Każde potknięcie traktowałem/am jak porażkę. Terapia zajęciowa była pierwszym miejscem, gdzie ktoś konsekwentnie pokazywał mi, że tempo może być inne, a to wciąż jest rozwój.

Ustalaliśmy realistyczne cele. Zamiast „znów pracować na pełen etat”, pojawiały się cele typu:

  • „Trzy razy w tygodniu samodzielnie przygotuję jedno proste danie.”
  • „Przez miesiąc będę prowadzić kalendarz z dwoma, trzema zadaniami dziennie.”
  • „Spróbuję samodzielnie dojechać komunikacją miejską w jedno znane miejsce.”

Kiedy udało się zrealizować taki cel, czułem/am satysfakcję, a nie rozczarowanie, że to „za mało”. Z czasem przestałem/am patrzeć na siebie tylko przez pryzmat tego, czego już nie potrafię. Zacząłem/am zauważać, ile się uczę i jak wiele mimo wszystko robię.

Jak terapia zajęciowa poprawiła moją codzienną samodzielność

Ubieranie, mycie, przygotowanie posiłków – znowu „moje” zadania

Pierwszym obszarem, w którym zobaczyłem/am ogromny postęp dzięki terapii zajęciowej, były najprostsze czynności dnia codziennego – te, których zwykle nawet się nie zauważa: umycie się, ubranie, przygotowanie jedzenia. Po chorobie/urazie to często staje się barierą nie do przejścia.

Na zajęciach rozbijaliśmy te czynności na małe kroki. Przykład: ubieranie się.

Warte uwagi:  Gdy lekarze nie dawali szans, a dziś jest wybitnym chirurgiem

  • Wybór ubrań poprzedniego dnia, żeby rano mieć mniej decyzji do podjęcia.
  • Ubrania układane w kolejności: bielizna, spodnie, koszulka, sweter.
  • Ćwiczenie techniki zakładania spodni siedząc na krześle, z podparciem.
  • Nauka zapinania guzików lub korzystanie z ubrań na zamek/rzepy, jeśli palce są mniej sprawne.

Nie chodziło o to, żebym nagle „przestał/am potrzebować pomocy”. Chodziło o to, żebym mógł/mogła decydować, gdzie i kiedy tej pomocy chcę. Samodzielne ubranie się do połowy, a potem proszenie o pomoc przy trudniejszych elementach – już to dawało poczucie większej kontroli.

Trening domowych obowiązków w bezpiecznym środowisku

Na terapii zajęciowej wykonywaliśmy też wiele zadań związanych z prowadzeniem domu. Brudne naczynia, pranie, porządkowanie szafki, wynoszenie śmieci – to są czynności, które dla osoby po kryzysie zdrowotnym często wydają się ponad siły. A jednak bez tego trudno mówić o realnej samodzielności.

W ośrodku mieliśmy „mini kuchnię” i przestrzeń do treningu. Tam uczyłem/am się między innymi:

  • jak bezpiecznie używać noża przy osłabionej ręce,
  • jak korzystać z deski do krojenia z rantem, żeby warzywa nie spadały,
  • jak zaplanować mycie naczyń krok po kroku, żeby się nie pogubić,
  • jak ustawić pralkę, zrobić prostą listę kolejności działań, żeby móc ją powtórzyć samodzielnie w domu.

Te ćwiczenia były czasem męczące, ale dzięki nim coraz mniej rzeczy przerażało mnie w domu. Zamiast myśli: „nie jestem w stanie prowadzić mieszkania” pojawiało się: „dam radę, tylko muszę sobie to dobrze ułożyć”.

Planowanie dnia i zarządzanie energią

Drugim kluczowym obszarem było planowanie dnia. Przed terapią funkcjonowałem/am według schematu „albo pełne obroty, albo kompletna blokada”. Gdy miałem/am lepszy dzień, rzucałem/am się na wszystkie zaległości, po czym przez kolejne dwa-trzy dni dochodziłem/am do siebie. Nie działało to ani zdrowotnie, ani psychicznie.

Na terapii zajęciowej wprowadzono mi pojęcie „budżetu energii”. Wspólnie z terapeutą ocenialiśmy, ile mniej więcej energii kosztują mnie konkretne czynności – wyjście z domu, zakupy, telefon do urzędu, wizyta u lekarza, gotowanie. Oczywiście nie były to precyzyjne liczby, raczej intuicyjne kategorie: lekkie, średnie, ciężkie.

Na tej podstawie uczyłem/am się układać plan dnia tak, aby:

  • nie kumulować kilku ciężkich zadań jednego dnia,
  • wplatać w dzień krótkie przerwy regeneracyjne,
  • zostawiać margines na sytuacje nieprzewidziane,
  • „ucinać” plan w momencie, kiedy zauważam pierwsze objawy przeciążenia.

Po paru tygodniach zauważyłem/am, że rzadziej wpadam w skrajne zmęczenie, a częściej mam stabilny poziom energii. Dzięki temu udało się wprowadzić do mojego życia więcej regularności, co przełożyło się na mniejszy stres i większe poczucie bezpieczeństwa.

Starsza osoba z artretyzmem rysuje żółtą kredką przy stole
Źródło: Pexels | Autor: JIUN-JE LIN

Rozwój sprawności fizycznej i manualnej dzięki terapii zajęciowej

Ćwiczenia, które naprawdę mają sens

Rehabilitacja kojarzy się zwykle z siłownią, salą ćwiczeń, gumami oporowymi i powtarzaniem w kółko tych samych ruchów. Terapia zajęciowa dołożyła do tego coś bardzo ważnego: cel funkcjonalny. Nie ćwiczyłem/am ręki „w ogóle”, ale rękę do konkretnych zadań – trzymania kubka, krojenia, zapinania guzików, włączania światła, pisania na klawiaturze.

Przykład: zamiast 15 minut ściskania piłeczki (co po pewnym czasie staje się nudne), dostawałem/am zadanie przygotowania prostej sałatki. W tym jednym zadaniu pracowała:

  • siła chwytu (trzymanie noża, warzyw),
  • koordynacja (krojenie na mniej więcej równe kawałki),
  • czucie głębokie (kontrola nacisku noża),
  • pamięć sekwencji (kolejność czynności: umyć, obrać, pokroić, wymieszać).

To samo dotyczyło ćwiczeń chodzenia czy wstawania. Zamiast suchych serii powtórzeń – zadania typu: „zrobić herbatę od początku do końca” (podejść do czajnika, nalać wodę, włączyć, odczekać, itp.). Fizycznie byłem/am równie zmęczony/a jak po klasycznej rehabilitacji, ale jednocześnie czułem/am, że robię coś życiowo użytecznego.

Usprawnienie dłoni i koordynacji ruchowej

Jednym z moich głównych problemów była słabsza sprawność dłoni – drżenie, ograniczona precyzja, problem z małymi przedmiotami. Terapia zajęciowa okazała się tutaj bardzo skuteczna, bo daje ogromne pole do ćwiczeń manualnych, które są naturalnie motywujące.

Robiliśmy między innymi:

Rękodzieło, gry i „zabawa”, która tak naprawdę jest treningiem

Usprawnianie dłoni nie polegało tylko na ćwiczeniach z terapeutą przy stoliku. Dużą część pracy wykonywaliśmy poprzez różne formy rękodzieła i gier, które z zewnątrz wyglądały jak zwykła rozrywka, a w praktyce były bardzo precyzyjnie dobranym treningiem.

Wykorzystywaliśmy między innymi:

  • układanie drobnych puzzli i klocków – świetne na koordynację oko–ręka,
  • sortowanie guzików według koloru i wielkości – praca palców, chwyt szczypcowy,
  • przewlekanie sznureczków przez dziurki w kartonie – celność ruchu, wytrzymałość dłoni,
  • proste prace plastyczne: wydzieranki, wyklejanki, malowanie większym i mniejszym pędzlem.

Na początku trochę buntowałem/am się, bo miałem/am poczucie, że „bawię się w przedszkole”. Z czasem zauważyłem/am dwie rzeczy. Po pierwsze – po takiej „zabawie” ręce były naprawdę zmęczone, a więc pracowały. Po drugie – szybciej widziałem/am postęp: coraz mniej wypadających z dłoni elementów, coraz bardziej równe pociągnięcia pędzla, mniej rozlewająca się farba.

Terapeuta często wplatał w te ćwiczenia elementy codzienności. Jeśli wiedział, że trudno mi nalać sobie herbatę, ćwiczyliśmy przenoszenie płynów z kubka do kubka, albo nalewanie wody do zaznaczonej linii. Niby zabawa w kuchni terapeutycznej, a w domu nagle okazywało się, że jestem w stanie nalać herbatę bez połowy wylanej na stół.

Przenoszenie sprawności z sali terapeutycznej do domu

Największym wyzwaniem nie były same postępy na terapii, tylko przeniesienie ich do mojej codzienności. Miałem/am sytuacje, kiedy na zajęciach świetnie radziłem/am sobie z zadaniem, a w domu nagle „zawieszałem/am się” przy podobnej czynności.

Z czasem zrozumiałem/am, że to zupełnie normalne. Środowisko ośrodka jest przewidywalne, spokojniejsze, ktoś czuwa i podpowiada. Dom to hałas, inne bodźce, napięcie. Dlatego wprowadziliśmy z terapeutą prostą strategię: zadania domowe z instrukcją.

Wyglądało to mniej więcej tak:

  1. Na terapii ćwiczyliśmy konkretną czynność (np. krojenie warzyw) w kontrolowanych warunkach.
  2. Wspólnie spisywaliśmy na kartce bardzo prostą instrukcję krok po kroku, czasem z małymi rysunkami.
  3. W domu próbowałem/am wykonać tę samą czynność, korzystając z kartki, a jeśli trzeba – z pomocą bliskiej osoby.
  4. Na kolejnych zajęciach omawialiśmy, co się udało, a co poszło inaczej niż w ośrodku.

Takie „mosty” między terapią a domem zrobiły ogromną różnicę. Przestałem/am czuć, że mam „dwie wersje siebie” – jedną sprawniejszą w ośrodku i drugą zagubioną w domu. Zaczęły się one powoli do siebie zbliżać.

Zmiany w głowie: jak terapia zajęciowa wpłynęła na moje myślenie

Od „muszę być jak dawniej” do „mogę żyć inaczej”

Przez długi czas patrzyłem/am na swoje życie wyłącznie przez pryzmat utraconej sprawności. Każdy dzień był porównaniem: „kiedyś zrobiłbym to w godzinę, teraz potrzebuję pół dnia”. Terapia zajęciowa nie wymazała tej straty, ale pomogła mi ją inaczej „poukładać”.

W trakcie wykonywania zadań często zatrzymywaliśmy się z terapeutą i rozmawialiśmy o tym, co tak naprawdę jest dla mnie najważniejsze. Czy koniecznie muszę robić wszystko sam, czy może ważniejsze jest to, żeby:

  • zachować wpływ na decyzje dotyczące mojego dnia,
  • mieć choć kilka aktywności, które dają mi poczucie sensu,
  • umieć prosić o pomoc w taki sposób, który mnie nie upokarza.

W pewnym momencie dotarło do mnie, że „samodzielność” nie oznacza absolutnej niezależności, tylko udział w swoim życiu na tyle, na ile to możliwe. Czasem ten udział polega na tym, że to ja planuję, a ktoś inny pomaga w wykonaniu. I to w porządku.

Budowanie poczucia wpływu przez drobne sukcesy

Na początku terapii miałem/am w głowie przede wszystkim listę rzeczy, które „już nie dla mnie”. Długie spacery, spotkania ze znajomymi, praca tak jak dawniej. Lista była długa i dołująca. Terapeuta zajęciowy zaproponował, żebyśmy równolegle prowadzili inną listę – rzeczy, które już potrafię albo których uczę się od nowa.

Po każdych zajęciach dopisywaliśmy jedną, maksymalnie dwie pozycje. Przykłady były naprawdę drobne:

  • „samodzielnie posmarowałem/am kanapkę”,
  • „przeszedłem/przeszłam korytarz bez zatrzymywania się”,
  • „zadzwoniłem/am i umówiłem/am wizytę u lekarza bez odkładania przez trzy dni”.

Po kilku tygodniach okazało się, że mam całą kartkę zapisanych małych kroków. Gdy przychodził gorszy dzień, zamiast powtarzać: „nic nie potrafię”, brałem/am tę kartkę i konfrontowałem/am to przekonanie z faktami. Nie zawsze to od razu poprawiało nastrój, ale przynajmniej miałem/am dowód, że mój mózg nie mówi prawdy, gdy twierdzi, że „zero postępu”.

Radzenie sobie z frustracją i nawrotami objawów

Terapia zajęciowa nie jest linią prostą. Zdarzały się tygodnie, kiedy byłem/am w lepszej formie, po czym nagle coś się pogarszało – więcej zmęczenia, gorsza koncentracja, fizyczne cofnięcie. Każde takie „obsunięcie” na początku odbierałem/am jak osobistą klęskę.

Warte uwagi:  Jak osoba niewidoma tworzy niezwykłe fotografie?

Na zajęciach nauczyłem/am się innego spojrzenia: postęp jest falą, a nie prostą kreską. Terapeuta zachęcał, żeby patrzeć szerzej – nie na dwa gorsze tygodnie, tylko na kilka ostatnich miesięcy. Często wtedy okazywało się, że nawet jeśli mam chwilowe pogorszenie, to „średnia” i tak idzie w górę.

Pomogła mi też bardzo konkretna technika. Kiedy miałem/am gorszy dzień, zamiast porzucać cały plan, wybierałem/am jedno najmniejsze możliwe zadanie, na które jeszcze mam siłę: zrobienie herbaty, umycie zębów, poskładanie trzech koszulek. Jeśli udało się to zrobić, zapisywałem/am to jako „dzisiejszy sukces”. Dzięki temu nie miałem/am już dni całkowicie „spalonych” w mojej głowie.

Relacje i komunikacja – co zmieniła terapia zajęciowa

Uczenie bliskich, jak mogą pomagać

Bliscy bardzo chcieli mi pomóc, ale często robili to w sposób, który odbierał mi poczucie sprawczości. Wyręczanie w każdej czynności, odpowiadanie za mnie na wizytach lekarskich, decydowanie, co dla mnie „najlepsze”. Nie wynikało to ze złej woli, raczej z lęku i bezradności.

Terapia zajęciowa stała się miejscem, gdzie uczyliśmy się tej pomocy na nowo. Czasem zapraszaliśmy kogoś z rodziny na zajęcia. Terapeuta pokazywał, jak można:

  • poczekać, aż sam/sama spróbuję czegoś zrobić, zamiast od razu przejmować zadanie,
  • zadawać pytanie: „W czym dokładnie Ci teraz pomóc?”, zamiast domyślać się i zgadywać,
  • chwalić konkretny wysiłek („widzę, że dziś sam/a podszedłeś/aś do kuchni”), a nie tylko efekt końcowy.

Dzięki temu atmosfera w domu powoli się zmieniała. Miałem/am mniej poczucia, że jestem „projektem do naprawy”, a więcej doświadczenia, że jesteśmy w tym procesie razem, ale każdy ma swoją rolę.

Otwarte mówienie o trudnościach

Długo ukrywałem/am przed innymi skalę swoich problemów. Bałem/am się litości, ocen, dziwnych spojrzeń. Zdarzało mi się odmawiać spotkań, tłumacząc się „brakiem czasu”, kiedy tak naprawdę bałem/am się, że nie poradzę sobie fizycznie lub psychicznie.

Na terapii zajęciowej ćwiczyliśmy proste komunikaty o swoich potrzebach. Brzmiały czasem banalnie, ale dla mnie były rewolucją. Przykłady:

  • „Mogę się z Tobą spotkać, ale tylko na godzinę, bo później bardzo spada mi energia.”
  • „Potrzebuję, żebyś mówił/a trochę wolniej, żebym mógł/mogła nadążyć.”
  • „Dzisiaj nie dam rady wyjść, ale możemy porozmawiać przez telefon.”

Ćwiczyliśmy to nawet „na sucho” – terapeuta wcielał się w kolegę, koleżankę, członka rodziny, a ja sprawdzałem/am, jak mi te zdania „leżą w ustach”. Dzięki temu, gdy trzeba było użyć ich w realnych sytuacjach, nie były już tak obce i krępujące.

Powrót do roli partnera, rodzica, przyjaciela

Choroba lub kryzys potrafią całkowicie przewrócić role w rodzinie i wśród znajomych. Z osoby, która działała, wspierała innych, nagle stałem/am się „tą chorą osobą”, wokół której wszystko się kręci. To było dla mnie bardzo bolesne.

Na terapii zajęciowej szukaliśmy sposobów, żebym mógł/mogła znów wchodzić w swoje dawne role, choćby w zmienionej formie. Jeśli wcześniej dużo gotowałem/am dla rodziny, a teraz nie dawałem/am rady stać długo przy kuchence, szukaliśmy kompromisu: może jestem w stanie zaplanować menu, przygotować składniki na siedząco, a ktoś inny zajmie się smażeniem? Jeśli byłem/am tym, kto organizował spotkania ze znajomymi, może teraz mogę przynajmniej zaproponować termin i miejsce, nawet jeśli fizycznie dotrę na krócej.

Takie drobne powroty do ról społecznych bardzo mnie wzmacniały. Zamiast myśli: „już nigdy nie będę normalnym partnerem/rodzicem/przyjacielem”, pojawiało się: „mogę być w tej roli inaczej, ale wciąż mogę być”.

Grupowa sesja terapeutyczna w sali z terapeutą prowadzącym rozmowę
Źródło: Pexels | Autor: SHVETS production

Nowe zainteresowania i sens dnia dzięki terapii zajęciowej

Odkrywanie aktywności, które są możliwe „tu i teraz”

W pewnym momencie, gdy najbardziej intensywna faza rehabilitacji minęła, pojawiła się pustka. Mniej wizyt u specjalistów, mniej „terapii do odrobienia”, a ja zostawałem/am z pytaniem: „Dobrze, a co ja właściwie mam robić z tymi godzinami w ciągu dnia?”.

Terapia zajęciowa pomogła mi poszukać nowych albo zmodyfikowanych zainteresowań. Nie takich „idealnych” i „na zawsze”, tylko dostępnych na obecnym etapie. Razem z terapeutą robiliśmy listę tego, co kiedyś lubiłem/am, oraz tego, co wydaje mi się choć trochę pociągające.

Okazało się, że wiele rzeczy da się dostosować. Jeśli wcześniej lubiłem/am długie wędrówki, można je było zastąpić krótszymi spacerami z przerwą na ławce. Jeżeli pasjonowała mnie praca przy komputerze, można było spróbować krótszych bloków z większą ilością odpoczynku, może z użyciem specjalnej klawiatury czy myszki.

Małe rytuały, które trzymają dzień w całości

Po wyjściu z intensywnego leczenia dni łatwo rozmywają się w jedną całość. Wstaję, jem coś, błąkam się po mieszkaniu, znowu kładę się spać. Bardzo szybko zaczyna to podcinać skrzydła. Wprowadzenie prostych, powtarzalnych rytuałów było jednym z ważniejszych efektów terapii zajęciowej.

W praktyce wyglądało to tak, że wspólnie z terapeutą układaliśmy „szkielet dnia” – kilka stałych punktów, wokół których reszta mogła się zmieniać. Na przykład:

  • rano: zawsze ta sama krótka rutyna – mycie, ubranie się, śniadanie przy stole,
  • w południe: 15–20 minut jakiejś aktywności „dla głowy” – książka, krzyżówki, proste notatki,
  • popołudniu: krótki spacer lub ćwiczenia zalecone przez terapeutę,
  • wieczorem: krótkie podsumowanie dnia – co się udało, co było trudne.

Nie zawsze udawało się zrealizować wszystko. Kluczowe było to, że dzień miał choć minimalną strukturę, dzięki czemu mniej się „rozpływałem/am” w czasie. To z kolei pomagało w utrzymaniu motywacji do kolejnych kroków.

Znaczenie „małych projektów”

Jeden z terapeutów zaproponował mi kiedyś, żebym wymyślił/am sobie mały projekt na miesiąc. Coś, co nie jest tylko ćwiczeniem, ale prowadzi do realnego efektu. Na początku byłem/am sceptyczny/a, ale spróbowaliśmy.

Mój pierwszy projekt brzmiał banalnie: „Uporządkować jedną szafkę w kuchni”. Rozpisaliśmy to na tygodnie:

  1. tydzień 1 – zrobić listę rzeczy w szafce i sprawdzić, co jest przeterminowane,
  2. Budowanie poczucia sprawczości przez projekty

    1. tydzień 2 – zdecydować, co zostaje, a co oddać/wyrzucić,
    2. tydzień 3 – umyć półki i poukładać rzeczy według kategorii,
    3. tydzień 4 – sprawdzić, czy nowy układ się sprawdza, ewentualnie coś poprawić.

    Szafka w kuchni może brzmieć jak drobiazg, ale dla mnie stała się symbolem. Po raz pierwszy od dawna miałem/am zadanie, które ja wybrałem/am, zaplanowałem/am i doprowadziłem/am do końca. To nie był „obowiązkowy zestaw ćwiczeń”, tylko coś, co realnie ułatwiało mi codzienne funkcjonowanie.

    Z czasem pojawiły się kolejne małe projekty: uporządkowanie dokumentów medycznych w segregatorze, stworzenie prostej listy zakupów w telefonie, przygotowanie kilku „awaryjnych” obiadów do zamrożenia. Każdy z nich:

    • miał jasny początek i koniec,
    • był podzielony na etapy, które mogłem/am zrobić nawet w gorszy dzień,
    • dawał mi namacalny efekt, który widziałem/am za każdym razem, gdy otwierałem/am szafkę, lodówkę czy segregator.

    Dzięki takim projektom dzień przestawał być tylko walką z objawami. Pojawiało się poczucie: „coś po mnie zostaje, coś ogarniam”. To bardzo zmieniało mój wewnętrzny dialog.

    Zmiana myślenia o sobie i swojej historii

    Od „pacjenta” do „osoby z doświadczeniem”

    Przez długi czas definiowałem/am się głównie przez chorobę czy kryzys. W głowie miałem/am łatkę: „pacjent, przypadek, problem do rozwiązania”. Terapia zajęciowa nie „wymazała” tego doświadczenia, ale pomogła mi nazwać je inaczej.

    Na zajęciach często wracaliśmy do pytania: kim jestem poza chorobą? Terapeuta zachęcał, żebym szukał/a odpowiedzi nie w idealnym, dawnym obrazie siebie, tylko w tym, co realnie jest dostępne teraz. Czasem były to bardzo proste stwierdzenia:

    • „Jestem osobą, która się nie poddaje, skoro wstaję na te zajęcia.”
    • „Jestem kimś, kto potrafi prosić o pomoc, choć to dla mnie trudne.”
    • „Jestem człowiekiem, który uczy się żyć na nowych zasadach.”

    Brzmi niewinnie, ale zmiana języka robiła ogromną różnicę. Zamiast: „jestem beznadziejny/a”, częściej pojawiało się: „jest mi bardzo trudno, ale próbuję”. Między tymi zdaniami jest przepaść.

    Akceptacja tempa, które naprawdę mam

    Jedną z najtrudniejszych lekcji było pogodzenie się z tym, że moje tempo jest inne niż kiedyś i inne niż u większości ludzi dookoła. Na początku na każdym kroku porównywałem/am się z „dawnym sobą”: ile wtedy byłem/am w stanie zrobić w godzinę, jak szybko się uczyłem/am, jak długo mogłem/am pracować.

    Terapia zajęciowa uczyła mnie, żeby porównywać się do siebie z wczoraj, sprzed miesiąca, sprzed pół roku, a nie do tego „sprzed choroby”. Zamiast pytać: „czemu wciąż nie mogę wytrzymać ośmiu godzin aktywności?”, szukaliśmy odpowiedzi na inne pytania:

    • czy dziś potrafię lepiej rozpoznać moment, kiedy potrzebuję przerwy?,
    • czy szybciej regeneruję się po wysiłku niż trzy miesiące temu?,
    • czy rzadziej doprowadzam się do stanu totalnego wyczerpania?

    To przesunięcie perspektywy nie sprawiło, że nagle lubię swoje ograniczenia. Nadal bywa to frustrujące. Ale nauczyłem/am się, że szanowanie własnego tempa nie jest kapitulacją, tylko sposobem na to, żeby w ogóle móc iść dalej.

    Łagodniejsze podejście do własnych „potknięć”

    Przed terapią każde gorsze zachowanie – wybuch złości, wycofanie się w ostatniej chwili, odwołana wizyta – traktowałem/am jak dowód na to, że „nic się nie zmieniło”. Na zajęciach rozbieraliśmy takie sytuacje na części, zamiast oceniać je w całości.

    Przykładowo: jeżeli nie dotarłem/am na umówione spotkanie, patrzyliśmy, co było inaczej niż kiedyś. Może tym razem:

    • przynajmniej wcześniej napisałem/am wiadomość, zamiast zniknąć bez słowa,
    • spróbowałem/am oszacować swoją energię, choć nie udało się idealnie,
    • wieczorem byłem/am w stanie nazwać, co mnie przerosło, zamiast tylko „zjechać siebie” w myślach.

    Takie podejście nie usprawiedliwiało wszystkiego, ale pozwalało mi wyciągać wnioski, a nie tylko się karać. Zauważyłem/am, że im mniej się biczuję, tym więcej mam siły, żeby coś zmienić przy kolejnym podejściu.

    Co zostaje ze mną po zakończeniu terapii zajęciowej

    Wewnętrzny „głos terapeuty”

    Z czasem zacząłem/am zauważać, że pewne zdania terapeuty brzmią w mojej głowie, nawet gdy nie jestem już na sali zajęciowej. Na przykład, kiedy nachodziła mnie myśl: „to bez sensu, znowu zrobiłem/am za mało”, pojawiał się drugi głos: „sprawdź fakty, a nie tylko ocenę”. I sięgałem/am po kartkę z małymi sukcesami, albo po kalendarz z ostatnich tygodni.

    Ten wewnętrzny dialog zaczął się powoli zmieniać. Nadal mam w sobie krytyczną część, która chciałaby, żebym wszystko robił/a szybko i idealnie. Ale obok pojawił się też głos, który pyta: „jak możesz sobie to zadanie ułatwić?”, „co jest dziś realne?”, „czego to doświadczenie uczy na przyszłość?”.

    To chyba jedna z najcenniejszych rzeczy, które wyniosłem/am z terapii zajęciowej – poczucie, że nie jestem w głowie tylko z surowym sędzią, ale mam też w sobie sprzymierzeńca.

    Narzędzia, do których mogę wracać

    Nie korzystam już z terapii zajęciowej tak intensywnie jak kiedyś, ale wiele metod zostało ze mną na co dzień. W praktyce oznacza to kilka prostych rzeczy:

    • wciąż planuję zadania w małych krokach, zamiast zapisywać na liście „ogarnąć wszystko”,
    • robię krótkie przerwy, zanim poczuję totalne wyczerpanie,
    • używam krótkich komunikatów, żeby mówić innym, czego potrzebuję,
    • co jakiś czas wybieram sobie „mały projekt na miesiąc”, żeby nie utknąć w samej rutynie.

    Te nawyki nie zawsze działają idealnie. Zdarzają się okresy, kiedy wszystko się rozsypuje. Różnica jest taka, że teraz wiem, że mogę do nich wrócić – i nie muszę przy tym zaczynać od zera.

    Inne spojrzenie na pomoc i zależność

    Kiedyś bardzo bolało mnie to, że potrzebuję wsparcia innych. Traktowałem/am to jak osobistą porażkę dorosłego człowieka. Praca na terapii zajęciowej – zwłaszcza ta, która dotyczyła relacji z bliskimi – nauczyła mnie, że korzystanie z pomocy nie odbiera mi godności ani tożsamości.

    Zobaczyłem/am, że mogę być osobą, która jednocześnie:

    • czasem potrzebuje podwiezienia do lekarza czy pomocy w zakupach,
    • a jednocześnie wspiera innych rozmową, doświadczeniem, obecnością,
    • ma swoje ograniczenia, ale też ma zasoby i umiejętności.

    To przesunięcie z roli „ciężaru” do roli „uczestnika relacji” bardzo zmieniło moje samopoczucie. Nie czuję się już tylko stroną biorącą – dostrzegam też to, co wnoszę, nawet jeśli czasem są to drobne rzeczy.

    Miejsce na przyszłość, nawet jeśli wygląda inaczej

    Największym darem terapii zajęciowej jest dla mnie to, że odzyskałem/am poczucie jakiejkolwiek przyszłości. Nie takiej, jaką planowałem/am przed chorobą czy kryzysem – tamte scenariusze w wielu miejscach się posypały. Ale pojawiło się inne pytanie: „jak mogę żyć najlepiej, jak się da, w tej wersji rzeczywistości, którą mam?”.

    Nie mam jednej spektakularnej historii o tym, jak terapia zajęciowa „odmieniła moje życie o 180 stopni”. Zamiast tego mam dziesiątki drobnych zmian: od sposobu, w jaki trzymam kubek, po to, jak rozmawiam z bliskimi i jak planuję tydzień. To właśnie z tych małych cegiełek zaczęła powstawać nowa konstrukcja codzienności.

    Na pytanie: „co dała mi terapia zajęciowa?” odpowiedziałbym dziś tak: dała mi narzędzia, żeby nie utknąć wyłącznie w roli osoby chorej czy po kryzysie. Pomogła mi zbudować codzienność, w której jest miejsce na ograniczenia, ale też na sprawczość, relacje, ciekawość i małe poczucie sensu – nawet w dni, kiedy naprawdę jest ciężko.

    Najczęściej zadawane pytania (FAQ)

    Na czym dokładnie polega terapia zajęciowa?

    Terapia zajęciowa to zaplanowany proces terapeutyczny, który wykorzystuje różne aktywności do poprawy samodzielności, sprawności, pamięci, koncentracji i ogólnej jakości życia. To nie są „zajęcia na zabicie czasu”, ale konkretne ćwiczenia dobrane do potrzeb danej osoby.

    W praktyce może to być m.in. trening codziennych czynności (ubieranie, mycie, gotowanie, zakupy), ćwiczenia manualne, planowanie dnia, nauka obsługi telefonu i komputera, a także praca nad organizacją, pamięcią i radzeniem sobie z przeciążeniem bodźcami.

    Komu jest potrzebna terapia zajęciowa? Czy to tylko dla osób z niepełnosprawnością?

    Terapia zajęciowa najczęściej kojarzona jest z osobami po udarach, urazach, z niepełnosprawnością intelektualną, chorobami psychicznymi czy innymi poważnymi problemami zdrowotnymi. W takich sytuacjach pomaga odzyskać możliwie największą samodzielność i poczucie wpływu na własne życie.

    Te same metody mogą jednak wspierać także osoby bez formalnego orzeczenia – np. po kryzysie psychicznym, wypaleniu, dłuższej chorobie, czy w czasie życiowego „zastopowania”. Ćwiczenia z planowania, wyznaczania celów czy organizacji dnia są uniwersalne i przydają się w „zwykłych” trudnościach.

    Jak wyglądają pierwsze zajęcia terapii zajęciowej w praktyce?

    Na początku terapeuta rozmawia z pacjentem o jego trudnościach i celach, a potem proponuje proste ćwiczenia, np. segregowanie przedmiotów, przepisywanie krótkich zdań, układanie planu prostych czynności (przygotowanie śniadania, wyjście do sklepu). Dla wielu osób może to wyglądać dziecinnie, ale każde z tych zadań ma konkretny cel terapeutyczny.

    Najważniejsze jest stopniowe odbudowywanie podstawowych umiejętności i oswojenie się z nową sytuacją – bez presji, za to z poczuciem, że każdy mały krok ma znaczenie i jest elementem większego planu.

    W czym terapia zajęciowa pomaga „w głowie”, a nie tylko w ciele?

    Terapia zajęciowa pomaga odzyskać poczucie sprawczości – zamiast myśli „już nie dam rady”, pojawiają się konkretne doświadczenia: „to potrafię zrobić sam”. Terapeuta zwraca uwagę na małe sukcesy (np. samodzielne przygotowanie kanapki czy telefon do przychodni), co wzmacnia wiarę we własne możliwości.

    Dodatkowo uczy radzenia sobie z lękiem i wstydem poprzez przygotowanie, planowanie krok po kroku i „przećwiczenie” trudnych sytuacji (np. wizyty w urzędzie). Pomaga też zaakceptować własne tempo – zamiast nierealnego „wrócę od razu do dawnego życia” pojawiają się realne, osiągalne cele na tu i teraz.

    Jak terapia zajęciowa wpływa na codzienną samodzielność w domu?

    Na zajęciach rozbija się codzienne czynności na małe kroki, np. ubieranie zaczyna się od przygotowania ubrań dzień wcześniej, odpowiedniej kolejności ich ułożenia, ćwiczenia techniki zakładania spodni na siedząco czy nauki zapinania guzików lub korzystania z rzepów.

    Podobnie pracuje się nad myciem, przygotowaniem prostych posiłków, poruszaniem się po mieszkaniu czy wykonywaniem drobnych obowiązków domowych. Celem nie zawsze jest całkowite „niepotrzebowanie pomocy”, ale możliwość decydowania, w czym i kiedy ta pomoc jest faktycznie konieczna.

    Czy terapia zajęciowa pomaga w lęku przed wyjściem z domu i kontaktem z ludźmi?

    Tak, jednym z elementów terapii zajęciowej jest przygotowywanie się do konkretnych sytuacji społecznych – np. wizyty w urzędzie, w przychodni, samodzielnych zakupów. Terapeuta pomaga rozpisać taką sytuację na małe kroki i przećwiczyć ją „na sucho”, np. w formie symulowanej rozmowy.

    Dzięki temu lęk przestaje być czymś ogólnym i przytłaczającym, a staje się zadaniem do zaplanowania. Osoba uczy się, że może odczuwać strach, a mimo to poradzić sobie, bo ma konkretny plan działania i wsparcie w omówieniu tego, co poszło dobrze, a co jeszcze wymaga treningu.

    Jakie konkretne korzyści mogę zauważyć po kilku tygodniach terapii zajęciowej?

    Wiele osób po kilku tygodniach zauważa, że:

    • rzadziej automatycznie prosi o pomoc, a częściej najpierw próbuje działać samodzielnie,
    • łatwiej wykonuje podstawowe czynności (ubieranie, mycie, proste posiłki),
    • ma lepiej zorganizowany dzień i mniej się gubi w obowiązkach,
    • lęk przed wyjściem z domu czy załatwianiem spraw jest mniejszy, bo mają przećwiczone konkretne scenariusze.

    Zmiany są zwykle stopniowe, ale realne – z „muszę się ogarnąć” robi się lista małych kroków, które faktycznie da się wykonać i które z czasem składają się na większą niezależność.

    Najbardziej praktyczne wnioski

    • Terapia zajęciowa to nie „wypełniacz czasu”, lecz zaplanowany proces terapeutyczny ukierunkowany na poprawę samodzielności, sprawności, pewności siebie i jakości życia.
    • Zajęcia łączą pracę z ciałem, myśleniem i emocjami, a terapeuta nie wyręcza, tylko tworzy warunki, w których osoba stopniowo odzyskuje wpływ na własne życie.
    • Nawet proste aktywności (segregowanie przedmiotów, przepisywanie zdań, planowanie codziennych czynności) realizują konkretne cele: wzmacnianie koncentracji, pamięci, koordynacji, planowania i czucia ciała.
    • Terapia zajęciowa nie jest wyłącznie dla osób z niepełnosprawnością – narzędzia takie jak trening planowania, organizacji dnia czy radzenia sobie z przeciążeniem bodźcami są przydatne także w „zwykłych” życiowych kryzysach.
    • Regularne ćwiczenia pomagają odzyskać poczucie sprawczości poprzez zauważanie i wzmacnianie drobnych, codziennych sukcesów w samodzielnym działaniu.
    • Terapia uczy praktycznego radzenia sobie z lękiem i wstydem, zamieniając niejasny strach w konkretne, rozpisane krok po kroku zadania, które można przećwiczyć i omówić.
    • Proces terapeutyczny sprzyja akceptacji własnego tempa i ograniczeń, odchodząc od porównań z „dawnym sobą” i innymi na rzecz realistycznych, małych kroków prowadzących do bardziej samodzielnego życia.